Menu

Typowy Zen

Typowy Zen czyli facet, któremu wydaje się, że coś wie i o tym właśnie pisze

Derby Manchesteru na tak

typowyzen

Dawno tak bardzo nie wyczekiwano meczu derbowego w Manchesterze jak tego lata. Gdy tylko został ustalony terminarz rozgrywek, fani obu ekip zarezerwowali sobie miejsce i czas aby nie przegapić tego widowiska. Bo nie ma co ukrywać, było to widowisko jak za najlepszych czasów tych drużyn. Old Trafford wypełniło się do ostatniego miejsca, a wszyscy wyczekiwali kolejnego starcia Mourinho z Guardiolą. Liczby przemawiały za Hiszpanem, ale Portugalczyk miał dobre argumenty aby to czerwona część miasta cieszyła się tego dnia. Przekonajmy się jak było.

Zarówno City jak i United bardzo mocno weszli w to spotkanie. Kluby imponowały pod względem pressingu, agresywności i ruchliwości. Szybko jednak przewagę wywalczyli sobie goście, którzy przez większość całego spotkania utrzymywali się przy piłce. Piłkarze Guardioli byli ustawieni bardzo wysoko, obrońcy stali bowiem niemal na linii środkowej boiska. Mimo wyrównanej gry, pierwsze 10. minut meczu obyło się bez oddanego strzału.

To w czym lepsi byli zawodnicy Manchesteru City, to zawężanie pola gry i odbiór piłki. Dzięki temu powstawały szansę na posyłanie prostopadłych podań w pole karne De Gei, co miało miejsce bardzo często w pierwszych 45. minutach. Z kolei United starało się odpowiadać błyskawicznymi kontratakami, ale bardzo dobrze zorganizowana gra defensywna przeciwnika nie pozwalała im na to.

Widowisko rozpoczęło się po kwadransie gry. Długie podanie Kolarova, spod bramki C. Bravo, trafiło do Iheanacho, który przedłużył je głową. I tu błąd popełnił Bailly, nie doskakując w ogóle do piłki. Ta potoczyła się w kierunku Blinda, który również nie zareagował w porę i uprzedził do de Bruyne, który płaskim strzałem w róg bramki pokonał bramkarza "Czerwonych Diabłów".

Goście wyszli na prowadzenie i zdominowali resztę pierwszej części meczu. Duża w tym zasługa ciągłego przenoszenia ciężaru gry i ciągłego ruchu bez piłki. Co prawda United potrafiło przyspieszyć swoją grę, ale ich ataki kończyły się pod bramką City. Bardzo dobrze funkcjonowała para Stones-Otamendi, przy czym ten pierwszy świetnie wyprowadzał futbolówkę i korzystał ze swojej szybkości, a Argentyńczyk używał swojej siły w starciu czy to z Rooneyem, czy ze Zlatanem.

Podopieczni Guardioli wykorzystywali słabe punkty przeciwnika, a te leżały w środku obrony. Stąd odpuścili sobie grę szeroko skrzydłami i posyłali przecinające podanie w środek pola karnego gospodarzy. Na dodatek City miało dużo miejsca na szybkie przemieszczanie piłki, co dodatkowo dezorientowało przeciwnika.

W 36. minucie było już 2-0 po kolejnej akcji De Bruyne. Belg wpadł w pole karne, zmylił obrońcę United zwodem i uderzył na bramkę, trafiając w słupek. Dobrze ustawiony był jednak Iheanacho, który dobił piłkę za plecy hiszpańskiego golkipera, stawiając gospodarzy w bardzo trudnym położeniu. Znów swoją cegiełkę dołożył do tego Daley Blind, który nie utrzymał linii spalonego i został zbyt blisko bramki, pozwalając tym samym nigeryjskiemu talentowi na oddanie strzału.

Jak się okazało, dopiero dwa stracone gole rozjuszyły "Czerwone Diabły" i podziałały na nich bardzo motywująco, choć nie obyło się bez pomocy rywala. W 41. minucie po niczego nie zwiastującej akcji, bramkę zdobył Ibrahimović, uderzając z woleja do pustej bramki. Claudio Bravo nie porozumiał się ze swoim obrońcom i wyszedł bardzo daleko z linii bramkowej by schwytać futbolówkę. Nie utrzymał jej jednak w dłoniach, a to wykorzystał Szwed, strzelając kontaktowego gola, a tym samym podgrzewając atmosferę na Old Trafford przed samą przerwą.

Po przerwie nastąpił szturm gospodarzy, którzy starali się wykorzystać fakt, że fatalny mecz rozgrywał Claudio Bravo. Chilijczyk podobno trafił do City przede wszystkim ze względu na swoją grę nogami, a jak się okazało ten element szwankował w meczu najbardziej. Parę razy mogło to nawet skończyć się utratą bramki. Być może były bramkarz Barcelony nie wytrzymał ciśnienia albo po prostu nie zdążył się wkomponować w zespół, w końcu dopiero co do niego dołączył.

Wracając do ataków United. Duży udział miał w nich wystawiony po przerwie Rashford, który zastąpił niewidocznego Lingarda. Już na samym początku drugiej części spotkania miał dwie wyborne okazje do zdobycia bramki. Mourinho postanowił wzmocnić skrzydła i tam szukać szansy na punkty w tym meczu i słusznie. 

Po kilkunastu minutach, gościom udało się jednak uspokoić nieco grę, choć nie mieli już tak widocznej przewagi jak w pierwszej połowie. Zdecydowanie najsłabszy jak do tej pory mecz rozegrał Sterling, którego zastąpił Sane. Młody Niemiec nie wyglądał jednak najlepiej fizycznie, można było mieć wrażenie że nieco się oszczędzał w pojedynkach z obrońcami z Old Trafford.

W 70. minucie wydawało się, że losy meczu zostały odmienione. Młodziutki Rashford zdobył wyrównującego gola, ale jak się okazało sędzia go nie uznał. W polu widzenia Bravo znalazł się bowiem Zlatan, który znacząco przeszkodził bramkarzowi w możliwości interwencji. Old Trafford wstrzymało oddech, mecz dobiegał końca, a rywale zza miedzy ciągle prowadzili.

Środek pola "Czerwonych Diabłów" szwankował najbardziej. Nie można mieć zarzutów do Pogby, który świetnie kontrolował piłkę i wyprowadzał swoich kolegów na wolne pole. Problem leżał jednak w jego porozumieniu z Fellainim. Bywało tak, że obaj podłączali się do ataku lub obaj wracali do obrony wchodząc sobie w paradę. Kolejną zagwostką jest pozycja Rooneya na boisku. Kapitan United dwoił się i troił, co zrozumiałe, ale przecież jest snajperem. Sam Mourinho przed rozpoczęciem sezonu twierdził, że tam jest jego miejsce. Napastnik częściej bywał jednak na skrzydle bądź cofał się do środka boiska i często nie brał udziału w grze.

W ekipie City najbardziej irytował Nolito, który bardzo często był pod grą, ale co rusz schodził ze skrzydła do środka i zamiast oddać strzał, to cofał futbolówkę, bądź podawał do gorzej ustawionych kolegów. Do tego często faulował i fizycznie odstawiał od piłkarzy w czerwonych koszulkach. Końcówka spotkania to przede wszystkim napór gospodarzy, którzy jednak nie zdołali wyrównać i te derby muszą zapisać po stronie strat.

Guardiola znów pokonał Mourinho, nie doszukiwałbym się jednak w tym przypadku jego wyższości trenerskiej, bądź wyższości jego myśli szkoleniowej. Hiszpan zdaje test za testem, ale musi się liczyć z tym, że sezon w Anglii jest bardzo długi. Doświadczenie Portugalczyka z pewnością odegra jeszcze w tym roku ważną rolę, a poza tym nie ma one jeszcze większych powodów do zmartwień. Zarówno City jak i United zagrało otwarty futbol, futbol na tak, którego dawno w meczu derbowym nie widziano w Manchesterze. Pod względem stylu gry, wszystko zagrało tak jak miało zagrać, a przecież tego oczekują fani zespołów, szczególnie ci z Old Trafford.

 

© Typowy Zen
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci